poniedziałek, 1 stycznia 2018

1.1.2018 i do tego poniedziałek


Święta, święta i po świętach....
Pisałam Wam, że się  nam w czwartek zepsuł piekarnik? I tego dnia kupiliśmy nowy? Haha. No to piszę już jak z tym kupowaniem było. W sklepie oglądam piekarniki i podchodzi sprzedawca i pyta się czy może pomóc. To ja mu konkretnie, że szukamy piekarnika, ale musi on mieć trzy funkcje. W tym momencie zauważyłam, że sprzedawca się uśmiecha ( ha myślał, ze będzie łatwo naiwny) to mu powiedziałam, że potrzebuje czyszczenia katalitycznego ewentualnie parowego, prowadnic i zimnych drzwi. Oj szybko mu mina zrzedła haha wiec biedaka nie katowałam i sama sobie znalazłam. Serio. Dodatkowo kupiłam w prezencie odkurzacz dla mamy :) - składkowy prezent z siostrzyczką :)
W piątek Mezah zamontował i mogłam wypróbować i jak na razie jest mega zadowolona z wyboru.

Wigilia u siostry Mężaha była miła aczkolwiek czuje pewien niesmak. Z powodu prezentów. No cóż szwagier i szwagierka nie maja umiaru ani taktu. I o ile nasze dzieciaki dostały po 2 sztuki o tyle ich dziesięcioletnia córka dostał jakieś 8 pudeł, w tym telefon komórkowy, zegarek, torebkę i grę od nas. Pominę fakt, że nasze dzieciaki od nich dostały takie badziewie, że żal... ale prezenty od dziadków kupione przeze mnie były tymi wymarzonymi ( zlecenia dostałam kupić co dzieciom będzie się podobało to kupiłam i były to w 100% trafione prezenty) wiec dysproporcji nie zauważyli, zwłaszcza Mimiś bo tego się zaczęłam w pewnym momencie bać. Mi było zwyczajnie przykro. Serio. Przykro mi było jeszcze z innego powodu, bo teściowe dostali od nich prezenty, oni sobie zrobili, a my i moja mama nic ( nie było mowy o prezentach dla dorosłych, ale kuźwa bez takich dziwacznych numerów w końcu jesteśmy dorosłymi ludźmi jakby nie patrzeć a tu takie cyrki.). Także już długo nie zgodzę się na powtórkę z wigilii.
Na szczęście chłopcy, jak i mama oraz Mężah znaleźli jeszcze prezenty pod naszą choinką jak już wróciliśmy do domu, więc wieczorkiem w domu było miło i radośnie. 

Pierwszego dnia byliśmy u mojej rodzinki i też było wesoło. Tutaj zgodnie z umową były tylko prezenty dla dzieciaków. I dużo pysznego jedzonka.

Drugi dzień świat to wizyta u Mężaha kuzynów i do teściów. I o ile u kuzynów zawsze jest miło, rodzinnie i wesoło to... będąc u teściów marzyłam o powrocie do domu. Tym bardziej, że Mężah jechał w trasę na Łotwę.

Środę spędziłam z dzieciakami, a Mężah w trasie. Oj zabawy było co nie miara bo mogliśmy w końcu na spokojnie bawić się nowymi zabawkami do oporu.

W czwartek pojechaliśmy do mego taty bo dzień wcześniej wrócili z sanatorium. Oj oni są cudowni. Obdarowali dzieciaki i nas drobiazgami, ale kocham ich właśnie za ta pamięć. 

No i nadszedł piątek. Dzień operacji Mężaha. Już o 7 stawiliśmy się w szpitalu, ale musieliśmy poczekać do 8 na pierwszy etap przyjęcia. Potem jeden lekarz, drugi, badania i o 13 Mężah wylądował na chirurgii. I znowu czekanie. Dopiero o 19 zabrali go na wycięcie woreczka żółciowego - echo listopadowej hospitalizacji. A chirurg zaproponował termin na 29 listopada albo w czerwcu... a po tym co się dzieje w służbie zdrowia woleliśmy nie czekać stad ta data. Nawet nie wiecie co za stres być w domu z dziećmi i odliczać minuty, które nie chcą minąć, żeby móc zadzwonić na oddział i się czegoś dowiedzieć.
W sobotę z samego rana popędziłam do Meżaha do szpitala. Biedaczek mój. W międzyczasie okazało się, że teść i teściowa nachlali się, a nie ma składników na osypkę dla kur, konie nie napojone i nie nakarmione tak jak ich psy i koty. Co mi zostało. Sama się zorganizować. Skoczyłam jeszcze szybko do Zary na wyprzedaż bo zakochałam się w czerwonych butach dla Mimiśka i dla Maleńtasa, a przegapiłam wyprzedaż online, a potem rozmiarów nie było, a po sprawdzeniu w aplikacji okazało się, że maja je u nas w sklepie to śmignęłam póki tumów nie było. Potem popędziłam po paszę - dodam iż pijany teść zadzwonił pijany do Mężaha w sobotę z rana (kiedy Mężah był 12 h po operacji) czy by nie nakarmił kur - idiota. Kiedy wpadłam do domu, ogarnąć minimalnie kotłownie bo po południu miał być hydraulik do pieca, zadzwonił Mężah, że mogę być na 13 bo go wypisują. Chwile potem przyszedł sąsiad poinformować, że dwa domu dalej jest ksiądz bo chodzi po kolędzie. Masakra. W 5 minut sprzątnęłam pobieżnie i przygotowałam stół i popędziłam po księdza do sąsiadów. na szczęście proboszcz jest mega wyrozumiały. Bo kiedy mu powiedziałam w jakiej sytuacji jestem aktualnie to nawet nie chciał wziąć ofiary i nawet mnie pocieszał, a na końcu stwierdził, że widzi że silna kobieta jestem. Potem popędziłam z powrotem do miasta po Mężaha po drodze organizując szwagra do zrobienia osypki. Hydraulik szybko uwinął się z piecem. A potem pojechaliśmy robić osypkę. Kuźwa mój mąż praktycznie prosto z oddziału musiał się tłuc, żeby poinstruować, bo tylko on wiedział jak się te maszynerie obsługuje, zrobienie osypki. I tak od soboty 2 razy dziennie daje pic i jeść kobyle u nas, a potem jadę do kur i je karmię oraz zbieram jajka bo ci idioci chleją. Boli mnie piekielnie kręgosłup, ale muszę bo Meżah pod żadnym pozorem nie może. A oni rzecz jasna maja w dupie, że mamy małe dzieci, w dodatku Maleńtas ma katar i jest mega marudny i interesuje ich tylko chlanie.

Sylwestra spędziliśmy w domu. Mimiś pojechał z babcia do mojej siostry bo mama pilnowała ich dziewczynek, a on koniecznie chciał do nich to puściliśmy go. A my uspaliśmy Maleńtasa i włączyliśmy Tv i zrobiłam parę przekąsek i tak doczekaliśmy do północy, a potem spaćku :)

A dzisiaj od rana karmienie konia, kur... już tak mnie plecy bolą, że to jest wręcz niemożliwe, ale cóż mam zrobić, jak zwierzęta niczemu nie winne.

Jutro Mężah musi do szpitala na kontrolę, trzeba pójść do rodzinnej osłuchać Maleńtasa bo kaszle niemożliwie i odebrać Mimiśka, a w tym wszystkim jeszcze kury i konie....
Wściekła jestem no.

piątek, 22 grudnia 2017

Przedświatecznie


Pewnie uwijacie się jak w ukropie co?

U nas na luzie. Wigilia u siostry Mężaha, a ja mam tylko barszczyk na zakwasie zrobić. 
Pierwszy dzień jedziemy do mojej cioci i siostry ciotecznej ponieważ w pierwszej wersji miały być dwie wigilie. Potem siostra cioteczna stwierdziła, że oni jadą na drugi koniec Polski do braciszka ciotecznego ( mojego, a jej rodzonego), a we wtorek zakomunikowała nam, że zapraszają nas do swego domu rodzinnego 80 km od miasta na wigilie bo oni jednak nie jadą. No cóż musieliśmy odmówić, bo jeżdżenie w te i wewte na szybko z Maleńtasem na pokładzie nie należy do tego co tygrysy lubią, a siostrze Mężaha nie odmówimy bo zwyczajnie się z nimi umówiliśmy wcześniej. I takim sposobem u mojej rodzinki zjawimy się pierwszego dnia.

Taki to urok jeżdżonych świąt, że trzeba wszystko skrupulatnie planować, bo zamiast stać nad garami to my tkwimy w aucie w dodatku z dwójka dzieci :)

Jeszcze dzisiaj robiliśmy zakupy na święta. Ludzi opanował jakiś szał zakupowy. Byliśmy zmuszeni na ostatnią chwilę kupić jeszcze trzy prezenty. D Dla chrześniaczki bo może przyjadą, dla synka siostry ciotecznej bo będziemy się widzieli pierwszego dnia no i dziadek nam dał kasę aby kupić coś od niego dla Maleńtasa. Boszz... szał w sklepach. A byliśmy przed południem. Nawet nie chce wiedzieć co działo się po południu bo o 14 jak wyjeżdżaliśmy z miasta to już zaczynało się korkować.

No i mamy też choinkę. Co prawda na razie nieubrana bo Mężah jeszcze dzisiaj zalicza Litwę ( będzie jutro po 20 stej), ale dumnie stoi, a udekorujemy ja jutro. Liczę, że dzieci będą miały dobre humory to barszcz zrobię na spokojnie i nawet tę choinkę ubierzemy... ba nawet poodkurzam i pomyję podłogi, a kto wie może Mimiś będzie miał natchnienie i pomoże posprzątać zabawkowy dobrobyt.

A teraz jako, że notkę napisałam w ratach, popakowałam prezenty, wstawiłam ostatnie przedświąteczne pranie. Idę spać :) znaczy poczytać tzn. skończyć te moja otrzymaną książkę Tess Gerritsen :D

A Was zostawiam z życzeniami od nas: