wtorek, 9 maja 2017

Zepsuty samochód, święta, weterynarz, wypadek, chrzciny i reszta...



Tak spojrzałam sobie, że ja wieki nie pisałam. Cóż doba mi się ewidentnie skurczyła. Albo za dużo mam na głowie.



To zacznę od jednego z moich spełnionych  koszmarów. Pojechaliśmy po odbiór bucików ortopedycznych dla Mimiśka. Poryczałam się, że on je nosić musi chociaż akurat jego model jest dosyć fajny. No, ale właśnie musi je nosić... Niby jego wada stópek jest z tych kosmetycznych, ale reagować trzeba i właśnie jak wracaliśmy stało się TO. Wyobraźcie sobie, że jest godzina 19, ściemnia się, jedziecie do domu z 2 dzieci ( w tym niemowlakiem) i mamą i nagle ni z gruszki ni z pietruszki podczas jazdy gaśnie wam auto... i nie możecie go ponownie odpalić. Aha i do domu macie 13 kilometrów. Dodam iż za 3 dni są święta wielkanocne, a Mężah wraca za jakiś tydzień....
Tak. Dokładnie to mi się przydarzyło z Volvem. Okazało się, że poszedł pasek klinowy, a mechanik w zeszłym roku stwierdził, że kilka lat pojeździmy... Bez komentarza.
Na szczęście teść nasz odtransportował, ale zostałam bez auta....
  No jedzenia akurat zapas mieliśmy to fakt, jak to na święta haha

Volvo przechodzi wymianę silnika. Dobre z tym wszystkim, że w garażu mamy "dawce narządów" tzn. identyczne Volvo tyle, że nie na chodzie, to taniej ta cała operacja wychodzi.

Na święta byliśmy wożeni i odwożeni.
Generalnie jak zobaczyliśmy padający śnieg za oknem to się ucieszyliśmy, że przełożyliśmy chrzciny na później.

Co tam jeszcze. Bo święta to jak to święta. Wiadomo co się wtedy robi... 

Aha miałam ja o zeszłotygodniowej sobocie pełnej wrażeń chociaż jak jechałam z Mgiełłem do naszej pani vetki to nic takich atrakcji nie zapowiadało.
No okazało się, że  Mgiełło dostał alergii na... kurze mięso i żywi się teraz surowa szynką i łopatka wieprzową. Mężahowi na sama myśl o kupowaniu mu takowego żarcia skarze ciśnienie i wygraża się, że on skróci jego męczarnie... Jego zapał chłodzi fakt, że to on sam chciał Mgiełka i go przyniósł... Cóż na każde wspomnienie tego faktu potulnie kupuję kotu jedzenie. 

No i jak wracałam od vetki to w jednej z wiosek pan wielkim ciągnikiem z podczepionym szambowozem ( takim co to jego koło było wielkości mego Renault Twingo - a raczej mężowskiego renault do pacy) nagle się zatrzymał to i ja za nim i... zaczął cofać ( niestety żadne światła u niego się nie zapaliły by mnie ostrzec) i... o ile zdarzyła wrzucić bieg to dosłownie sekundy mi zabrakło by nacisnąć gaz i pan we mnie wjechał miażdżąc mi cały przód. Nie życzę nikomu takiego przeżycia . Do dzisiaj potrafi mi się śnić to żelastwo miażdżące mi przednią szybę.
Dzięki Bogu jechałam tylko z kotem bo nawet nie próbuje sobie wyobrazić jakby obok mnie jak zwykle siedział Mimisiek.
Na szczęście nic mi się nie stało. Jedynie na jednej ręce kilka mikroskopijnych ranek od szkła. Ale resztę dnia nie byłam zdatna do niczego i Mężah musiał się zająć dziećmi bo bałam się nawet brać Maleńtasa na ręce bo bałam się, że zemdleję. A wszystko z nerwów. Na szczescie jak sie chwile przespałam ( a musze powiedziec, że ja w dzień spałam tylko i wyłącznie w ciąży bo nie umiem) to wróciłam na wieczór do równowagi i w końcu mogłam zająć się dziećmi.
W czasie gdy Mężah przebywał mi z odsieczą tak dobrze się złożyło, że w odwiedzinach była siostra Mężaha to pożyczyła samochód i zajęła się dziećmi. Maleńtas dał swojej matce chrzestnej popalić bo jak nigdy dwa razy pod rząd zasikał się po pachy i całe ubranko ciotka musiała zmieniać.

Jeszcze tego samego dnia pożyczyliśmy auto od teścia. Jeepa Grand Cherokee pieszczotliwie zwanego przeze mnie Landarą.  Wszyscy żartowali sobie, że może tego nie pozbawię życia haha.
No i właśnie w niedzielę idąc za ciosem znowu zasaiadłam za kierownicą auta. Skłamałabym jak bym powiedziała, że się nie bałam, bo bałam się potwornie, ale nie było źle.

We wtorek przyleciała mama Mężaha.
I byliśmy na standardowej kontroli u alergologa z Mimiśkiem. Lubię tę lekarkę bo jest kompetentna i ma podejście do dzieci no i zna się na tym co robi. No dobra oprócz wiecznego uodporniania mi dziecka. Mimiś oficjalnie od jesieni przeszedł całą kurację, a tymczasem pił tylko tran i bardzo mało chorował. Bo ja jestem przeciwniczką faszerowania lekami na odporność. Leki to tylko w poważnej chorobie jak trzeba, a nie za każdym kichnięciem.

A w niedzielę wreszcie doczekaliśmy się chrzcin Maleńtasa. Mimo trochę niesprzyjającej pogody było super. Co prawda rozczarował mnie nasz proboszcz w kwestii mszy. Bo msza na chrzest Mimisia była tak wspaniała i cudowna, jeszcze za poprzedniego proboszcza, że naprawdę ciężko byłoby jej dorównać. Ale miałam nadzieję, że jednak obecny proboszcz się choć trochę postara, a rozczarowałam się okropnie. No nic.  Najważniejsze, że Maleńtas przyjął sakrament. Za to przyjęcie się udało na maxa. Teraz wiem, że takie spotkania rodzinne to tylko w restauracji. W sumie się szarpnęliśmy na wersję full wypas, ale było warto. Wszyscy goście zadowoleni. I każdy pochwalił pomysł na przyjęcie bez alkoholu. I dzieciaki się wyszalały bo dostaliśmy fajna miejscówkę. Oj było wesoło, dużo pysznego jedzenie i najważniejsze rodzinna atmosfera.

W poniedziałek za to był już grill i alkohol. I ta sama ekipa. Dzieciaki szalały, my jedliśmy i piliśmy i Mężahowi przełożyli trasę na czwartek więc było cudownie. Lubię takie spędy rodzinne na luzie. I Mimisiek potem nocował u mojej mamy bo nocowała tam bratanica z rodzicami. Wiecie jak dziwnie jest w domu bez jęczącego pięciolatka?
Niestety nasz pięciolatek w nocy o mało sobie płuc nie wykaszle według babci wiec we wtorek dla świętego spokoju zabraliśmy go do lekarza. No nic mu nie było rzecz jasna. Małego katarku dostał i mu w nocy trochę spływał, wiadomo, i sobie odkaszliwał.
Reszta tygodnia też nam upłynęła na ciągłych wizytach u nas rzecz jasna. Wiecznie mi się ludzie przez dom przewijają.

Mężah w czwartek pojechał na Holandię, śmignął na Niemcy, zahaczył o Austrię, a aktualnie przebywa we Włoszech. I czekamy na jego powrót.

A Maleńtas produkuje zęby. 2 dolne jedynki. A Matce produkuje brak snu. Bosz jaki on marudny. Nic mu nie pasuje. Chciałby być tylko noszony, a od tych praktycznie 8 kilo miłości to można paść trupem. Obślinionym trupem, bo to to produkuje tyle śliny, że prawie utopić się idzie.

No. I w końcu skompletowałam wszystko do łóżeczka dla Maleńtasa, bo z kosza Mojżesza wyrasta, z gondoli wyrasta i trzeba rozkładać łóżeczko i przenosić delikwenta. A żeby go przenieść trzeba sypialnię przemeblować. a żeby sypialnię przemeblować trzeba, żeby Mężah wrócił. O i śrubki od łóżeczka znaleźć,

A w następny weekend znowu mamy dwie imprezy. W sobotę urodziny siostrzenicy, a w niedziele komunię.... Oby Meżah dostał wolne bo zapowiada się, że z trasy wróci jutro w nocy bo z dwójka dzieci dwa dni pod rząd na dwóch imprezach się wykończę.


Ufff... skończyłam te przydługa notkę...

piątek, 21 kwietnia 2017

Bo chrzestny to powinien... a chrzestna powinna....


 czyli dlaczego jest coraz mniej chetnych do bycia chrzestnymi dla dzieci. 

U nas temat mega na czasie bo już w następną niedzielę chrzest Maleńtasa.

Ostatnio wdałam się w małą przepychankę słowną z panią która upierdliwie twierdziła cytuję: "Świece zawsze kupuję ojciec chrzestny a matka chrzestna kupuje ubranko a także ubiera dziecko przed ceremonia. Bo taka jest tradycja."

I nie dopuszczała do siebie myśli, że ubranko, świece i szatkę mogłam sama kupić. Ja jako matka. Ba posunęłam się nawet dalej bo kupiłam nawet krawat dla chrzestnego, żeby do naszej famili pasował, wiecie?

Ale wracając do meritum. Ja uważam, że chrzestni jedne co powinni to być chrzestnymi i przy dziecku. A nie kupować tego i tamtego bo każe tradycja. Sami tworzymy swoje małe rodzinne tradycje. Ważni są ludzi, a nie przedmioty. Przyznam, że naprawdę współczuje chrzestnym, na których rodzice dziecka zrzucają wszystko co związane z chrztem bo tak każe tradycja. Ja nie wyobrażam sobie kazać naszemu chrzestnemu, który notabene jak Mężah jest kierowcą zawodowym biegać mi za świecą. ba ja sama tę świece kupiłam za niego i jeszcze mu krawat kupiłam, żeby miał łatwiej bo ciesze się, że chce być chrzestnym Maleńtasa. 

Analogicznie z ubrankiem. Poczekałam, bo tak zastanawiałam się czy chrzestna chce kupić czy nie, ale się nie odezwała wiec przed świętami sama kupiłam ubranko takie jakie ja chciałam dla synka żeby czuł się w nim komfortowo ( a że niezbyt podobają mi się typowe garniturki do chrztu to sama skomponowałam swój zestaw) no i wymyślałam sobie, że wszyscy będą mieli szare elementy i tak tez zrobiłam. Zamówiłam tez szatkę pasującą kolorystycznie do ubrań i świecy.

Przy chrzcie Mimiska moja siostra wtedy jeszcze bezdzietna, którą poprosiliśmy na chrzestną ubranko Mimiśkowi kupiła miesiąc przed haha kiedy ja o tym nawet jeszcze nie myślałam. Ale szatkę i świece kupowaliśmy my bo chrzestny przyjeżdżał z zagranicy i głupotą z naszej strony byłoby kazać mu jeszcze kupować świecę w kraju w którym na co dzień nie mieszka i w dodatku  na ostatnia chwile bo wiadomo jak to jest z przyjazdami z daleka. 

Co do opłat. Miło jest jak chrzestny w ramach prezentu opłaci chrzest ( który defacto powinien być darmowy bo to w końcu nowy parafianin, ale to chyba w innym wymiarze bo u nas w kościele liczy się przede wszystkim kasa), ale nie uważam tego bynajmniej za przymus. Najważniejsze żeby był. 

Jestem tez przeciwna tym srebrnym pamiątkom po dwie stówy. Bo to zwyczajne zbieracze kurzu. No powiedzcie, mamy, których dzieci to dostały co z tym zrobiliście? Moi synowi każdy ma nad łóżeczkiem nieduży obrazek z aniołkiem i wystarczy.

No i sprawa łańcuszka. Hmm... tu mam uczucia ambiwalentne. Bo o ile takiemu małemu dziecku on niepotrzebny to uważam łańcuszek z krzyżykiem/medalikiem za dobry prezent na komunie bo każdy taki jeden powinien mieć. Ale niekoniecznie na chrzcinach już. Ale wolność tomku...

Generalnie nawet przez chwilę razem z Mężahem nie myśleliśmy aby czymkolwiek obarczać chrzestnych. Cieszymy sie, że zechcieli być rodzicami chrzestnymi naszego syna, że będą z nami tego dla nas bardzo ważnego dnia.


Tak szczerze to jakbym własnych dzieci nie miała i nie chrzciła ich to bym zielonego pojęcia nie miała, że mam kupować to i tamto i siamto i w ogóle takie zawracanie gitary. Nie każdy ma czas, ochotę i wiedzę na te wszystkie tradycje. A potem ludzie się dziwią, że nikt nie chce być chrzestnym. A ja się nie dziwię bo społeczeństwo wyewoluowało i pędzi ciągle gdzieś. A taki przymus działa jak płachta na byka i pojawią się takie kontrmyśli: co ja będę sobie problemów dokładał jak oni chcą to i tamto... niech ktoś inny to robi. I jest to zupełnie naturalne podejście w aktualnym świetle zmian społecznych wiec uważam, że należy się głęboko zastanowić nad pewnymi tradycjami, które nie są niezbędne. I nie forsować ich na siłę.