Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z życia żony kierowcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z życia żony kierowcy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Z życia żony kierowcy part 5 czyli żona w ciaży



Ciąża stan wyjątkowy. Nasza druga.
Moja druga jako żony kierowcy.
Moja druga przeżywana z Mężahem przez telefon.

Najsmutniejsze jest to, że wszystkie wizyty u lekarza przeżywam sama bo wypadają tak, że Mężah akurat wyjechał, jest w środku trasy, albo zwyczajnie opóźnił się powrót jak na złość. Pamiętam ile razy miałam łzy w oczach jak widziałam pary czekające w poczekalni, albo wychodzące z gabinetu, a ja sama... brzuch z każda wizytą większy, a ja wciąż w pojedynkę bo tak wychodziło. Cudownie się czułam na tym jednym jedynym KTG, na którym byliśmy razem z Mężhem i słuchaliśmy bicia serduszka Maleńtasa i żartowaliśmy.

Ciężkie też było samodzielnie kompletowanie wyprawki gdzie tak naprawdę nie mogłam cieszyć się z zakupów z Mężahem i decydować wspólnie bo on nie miał na to czasu. Tylko oglądał zakupy i komentował i oddawał mi stery. A potem tylko oglądał to co przyszło jak wrócił z trasy.

Nie będę ukrywała, że szczególnie końcówka jest ciężka mimo, że np. moja mama jest gotowa przeprowadzić się do nas w każdej chwili i mi pomagać to jednak mój honor, albo głupota ( zależy jak na to patrzeć) no nie pozwala mi męczyć tak mamę bo jednak 67 lat z czego mama przepracowała 40 i jest po lekkim udarze to nie przelewki, a moje dzieci to mój obowiązek na co dzień. Co innego podrzucić mamie Mimiśka na 3-4 h w niedziele i urwać się na zakupy, do kina czy gdzie indziej z mężem, a co innego ciągła opieka. No ja tak nie mogę i basta. Wole się sama męczyć choć już teraz w 38 tygodniu jest dla mnie baaaardzo ciężkie. W dodatku cały czas się boje, że poród może rozpocząć się pod nieobecność Mężaha. Z Mimiśkiem mieliśmy farta bo nasz pierworodny zdecydował się urodzić dosłownie 2 h przed wyjazdem Mężaha. Także ten, ten zamiast w trasę Mężah wiózł mnie na porodówkę haha ponad dwa tygodnie przez terminem. Teraz modlę się i proszę małego aby poczekał choć te dwa dni aż tatuś wróci i już nie pojedzie bo nie ogarnę starszaka i młodego i siebie i 35 km do mamy i potem do kliniki. Chyba tylko tego się boję.

Ale zaczęłam tak od końca. Bo sumie wcześniejsze etapy tej ciąży było spoko. No wiadomo o wiele ciężej było i jest, ale w sumie to byłam i jestem tak rozchodzona i rozbiegana przez wymagania Mimiśka, że nic nie stanowiło żadnego problemu aż do tego ostatniego czasu.

Za to Mężah za każdym razem jak wracał z trasy komentował tylko rosnący brzuch.

Aczkolwiek początki nie były łatwe. Mi się chciało spać, a tutaj Mimiś chce to i tamto. Ja wymiotuje, a jemu trzeba zrobić śniadanie, obiad i kolację. Mnie coś boli, coś dolega, a Mimiś potrzebuje niezwłocznie mojej pomocy. Musiałam oduczyć Mimiśka wchodzenia na brzuch i intensywnego tulenia się. Przyzwyczaić go do uważania.
I ciągle sama. ze wszystkim.
Mimiś ma jelitówkę, ja biegam z miską itd itp.
Generalnie musiałam się nauczyć odpoczywać i wraz z rosnącym brzuchem wypracować sobie współprace z Mimiśkiem na miarę moich możliwości.

A kiedy wracał Mężah to pierwsze co mówił, że znowu bardzo urósł mi brzuch, a następnie ze wszystkich sił starał się mnie odciążyć zajmując się Mimiśkiem, a nawet wykonując wszystkie domowe obowiązki abym nie musiała wstawać z łózka. A bardzo często zabierając syna to i ówdzie abym miałam całkowity spokój.

No i nie oszukujmy się, ale bardzo przezywał jak coś się u nas działo, a on był tam te tysiące kilometrów od nas i nie mógł pomóc. Mężah zawsze mi wspomina, że dla niego najgorsza jest bezradność bo on by chciał, ale nie może bo teleportacji jeszcze nie wynaleźli. A poza tym strasznie tęskni i mu to nie pomaga w tym wszystkim.

Niestety ciąża żony kierowcy to ciąża na odległość.
Ciąża samotnie przezywana przez telefon.
I strach męża o żonę, że jak coś się stanie to nie będzie mógł nic zrobić bo będzie daleko.
I strach zony, że jak coś się stanie to będzie musiała sobie poradzić sama.
( o ile drobne naprawy i awarie to nic strasznego bo to norma to w takich sytuacjach człowiek zastanawia się czy ta praca jest tego warta).


P.S. Kiedy to pisałam dowiedzieliśmy się, że kolega Mężaha został tatusiem. Niestety jak zaczęła się akcja porodowa tatuś znajdował się w kabinie ciężarówki na drugiem końcu Polski. No wracał do domu i nie zdążył. Niech Wam to powie jak ciężko jest w takiej sytuacji.  

sobota, 7 stycznia 2017

Z życia żony kierowcy part 4 czyli w Mężah w pierwszej trasie po zamachu w Berlinie



Nie będę ukrywała, że panicznie się boję o Mężaha.
Kierowca, który zginął to był kawał chłopa ( jak to się mówi) jak mój mąż, ale nie dał rady.
Zresztą Mężah jest w jego wieku i jego postury i kiedy myślę sobie, że mogło paść równie dobrze na niego to panicznie się boje. Nawet do tego stopnia, że kupiłam Mężahowi gaz, mimo, że ten jest zabroniony w wielu europejskich krajach. Ale kuźwa skoro oni dopuszczają do tego, że po parkingach ganiają szaleńcy w maskach i z kałasznikowami ( taką sytuacje miał Mężah właśnie w Niemczech jakiś czas temu - gość zbiegł zanim po kilku minutach pojawiła się policja i śmigłowce, ale ludzie go widzieli), a inni potwierdzeni terroryści chodzą sobie wolno i atakują kierowców i porywają ciężarówki to musiałam. Gotowa byłam kupić mu paralizator, ale nie mieli.

I boję się. Nie wiem jak wytrzymam tę trasę. Mężah zanim zrezygnuje musi teraz pojechać w jedną, dwie trasy żeby się ze wszystkim rozliczyć, uporządkować. Potem się zobaczy.
A ja zostanę w domu.
On mówi, że martwi się o mnie i dzieci tutaj, a ja dla odmiany zawsze boję się o niego.

Wcześniej bałam się, że będzie miał wypadek bo nieraz słyszę jak opowiada jak jeżdżą kierowcy osobówek, a i czasami tirowcy też sobie pozwalają. Albo, że zepsuje mu się gdzieś na jakimś zadupiu auto. Bałam się, że zabraknie mu jedzenia, a nie będzie miał gdzie kupić bo tirem się byle pod spożywczakiem nie zatrzymasz. Ale nie bałam się, że ktoś go zaatakuje. A teraz tego boje się najbardziej po tym co się stało.

Nie wiem jak zniosę tę trasę.

Tym razem gotowanie było o wiele trudniejsze. Emocjonalnie, a nie fizycznie. Taki smutek mnie opanował, że myślałam, że nie dam rady. Ale z drugiej strony trzymała mnie myśl, że muszę bo przecież nie puszczę Mężaha bez jedzenia.

Jakbym mogła to bym Go w ogóle nie puszczała, ale niestety za coś żyć trzeba. Zwłaszcza jak się ma dzieci.  A poprzedni miesiąc był dla nas wyczerpujący finansowo. Oj bardzo wyczerpujący.

Mężah o 3 w nocy ruszył na firmę. Niestety jak zwykle okazało się, że niepotrzebnie bo ciężarówki nie szło odpalić. Zresztą nie tylko jego. Pozostali dwaj kierowcy mieli ten sam problem w związku z czym zamiast ruszyć o 4 - 5 rano, ruszyli dopiero po 9. I w dodatku ma podwójna obsadę wiec nawet sobie nie odpocznie.

A ja zostałam sama z dwójką dzieci na pełen etat bo mam się jak na złość rozchorowała i może będzie w poniedziałek lub wtorek. Jest ciężko, ale o tym za kilka dni jak ochłonę.


P.S. Mężah w czwartek kupił nam agregat prądotwórczy bo bał się strasznie, że w te mrozy mogą nas odciąć od prądu, a bez prądu piec nie będzie działał. Także chociaż o to jestem spokojniejsza. Bo u nas króluje co najmniej - 17 na minusie i nie chce się ocieplić, a rankami to i -26 mamy.


czwartek, 8 grudnia 2016

Z życia żony kierowcy part 3 czyli kiedy Męża nie ma w domu, znaczy jest w trasie....


Mężah  pojechał w trasę więc czas na kilka słów jak to jest jak On jedzie...

Nieodmiennie w dzień jego wyjazdu, a w chwilach dobrobytu dzień po jego wyjeździe, a szczytem radości jest dwa dni po wyjeździe COŚ się musi popsuć. Jest to niepisane prawo i tak jest zawsze. Nie ma wyjątków. Na przykład podczas ostatniej trasy zepsuła się roleta na oknie. Nie było by w tym nic uciążliwego gdyby nie fakt iż owa roleta powodowała w Mimiśku opcje spania do 7 rano czyli tę właściwą. Jej brak zaś spowodowała fakt iż Mimisiek budził się  już o 5.30. Niestety przewaga wagowa wiertarki udarowej ( wiercić trzeba było w ścianie z podwójnego pustaka z wysoko uniesionymi rękoma nad głowa stojąc na drabinie) spowodowała brak możliwości samodzielnej naprawy i się pomęczyliśmy do przyjazdu męskich raczek. Czasami jest to piec ( ale to nie problem bo wymianę śruby przy ślimaku mam opanowana na tip top), innym razem skończy się gaz od kuchni ( a ja butli sama nie zmienię, tak jak gazu do auta nie zatankuje bo nie i koniec) i pierdylion innych pierdół, które się w standardzie psuj a, zużywają, albo postanowią się rozlecieć akurat jak Mężah tylko wyjedzie.  Tym razem była to pralka haha Zwykle Mimiś termin choroby ustala na noc po wyjeździe taty, żeby matka samodzielnie zmagała się z trudem opieki nad Synem bo gdzieżby ojciec miał czytać bajkę o 2 w nocy  w przerwach robiąc ziemne okłady bo syrop na gorączkę to największa trucizna i na każdą wzmiankę zaczyna się histeria.  Zwierzaki podobnie... żeby było mi samej ciekawiej. Bo co ja się będę nudzić,
Ot takie tam dyrdymały życia codziennego. 

Właśnie życie codzienne. Ono też wygląda inaczej jak Mężaha nie ma. Bo od poniedziałku do piątku obiadów nie gotuje bo tak samej sobie mi się nie chce. Na tę okazję mam zapasy w zamrażalce i sobie odgrzewam lub przyrządzam jakąś sałatkę lub jakieś mega proste danie nie wymagające dłużej niż 10 minut roboty bo mi się nie chce i mam prawo. Bo Mimiś całkiem porządnie żywi się w przedszkolu. Za to śniadanie i kolację jemy obowiązkowo wspólnie. Taki nasz rytuał. Całkiem inaczej wyglądając weekendy, ale to wiadomo dziecko w domu to i człowiek inaczej funkcjonuje.

Ale wróćmy do tygodnia. Kiedy Mimiś jest w przedszkolu ja zajmuję się domem i podwórkiem. O ile zimą to ograniczam się do odśnieżenia jak spadnie śnieg i donoszenia drzewa, pelletu aby utrzymać ciepło ( a w międzyczasie oglądam filmy i seriale).. To w okresie wiosenno-letnio-jesiennym roboty jest w huk. Jak to w domu z podwórkiem. Nie będę zanudzała wymieniając co robię bo pomyślicie, że mam wyrodnego Męża hahaha, ale powiem, że moją ulubioną czynnością na podwórku jest koszenie trawy. Boże jak to uspokaja, relaksuje i wycisza wbrew pozorom. Człowiek odcina się od świata zewnętrznego i co najwyżej pod nosem sobie poklnie na psy co to wyprodukowały jakieś dziury, jak kosiarka w nie wpadnie, ale to jest boskie... bo dźwięk kosiarki tak zgłusza świat zewnętrzny ze człowiek odżywa.

No ale zboczyłam z tematu hahha. Co jeszcze porabiam jak Mężaha nie ma. No proste: wydaje jego ciężko zarobione pieniądze, na które on to mawia NASZE bo zdaję sobie sprawę, że przez większość czasu jednak nie leżę i nie pachnę tylko. Aczkolwiek lubię sobie wziąć długa kąpiel jak nikogo nie ma i na pewno nic ode mnie nie będzie chciał...


Zwykle już od drugiego dnia odliczam czas do jego powrotu i czekam na informacje jak zajechał, kiedy rozładunek/ki. Kiedy powrót i gdzie bo czasami na tzw. podwójny powrót czyli wiezie coś z zagranicy na drugi koniec Polski i tam znowu czeka na załadunek żeby nie jechać na pusto na nasz północny wschód.


No i wiecznie wiszę na telefonie z mym mężem. Bo wszystkie najważniejsze sprawy załatwiamy przez telefon. Średnio przegaduje z Mężahem 900-1000 minut miesięcznie.
Ewentualnie biorę upoważnienie i załatwiam niecierpiące zwłoki sprawy w wszelkich urzędach i innych miejscach, które tego wymagają, a na co Mężah zwyczajnie czasu nie ma.


I czekam....
I tęsknię...



czwartek, 7 kwietnia 2016

Z życia żony kierowcy part 2 czyli kierowca wyjeżdża w trasę


Postanawiam zaczai nowy cykl.
Będę co jakiś czas wrzucała post z tego jak wygląda moje życie żony kierowcy zawodowego jak on jest w trasie i nie tylko.

Było 0 samotnych świętach.
Teraz będzie o... przygotowaniach do wyjazdu męża perspektywy żony kierowcy.

No więc Mężah jest w domu. Fajnie, Czasami się pożremy, pogodzimy, poseksimy, a czasami nie mamy czasu pierdnąć bo tyle jest do roboty, a on znowu na krótko jest. Ale o czasie w domu kiedy indziej.

Jest w domu.Ok. Zwykle już dnia następnego, no dwa dni później dzwoni czerwony telefon. Tak się złożyło, że służbowy telefon Mężaha jest akurat czerwony wiec jak nic pasuje do sytuacji. 
Dzwoni telefon albo przychodzi sms. W 99% przypadkach jest to dyspozytor z jakże "radosną" informacją o nowym wyjeździe. Już wiemy kiedy i gdzie Mężah jedzie aczkolwiek czasami bywa tak, że w ciągu jednego dnia następuje 5 zmian trasy, czasu wyjazdu i w ogóle bo coś tam się zmieniło, przesunęło i inne szmery bajery. To oznacza nerwy ze strony Mężaha bo ta niepewność w planowaniu.... i u mnie bo nie wiem jak rozplanować zakupy i gotowanie oraz całą resztę moich, naszych obowiązków i czasami zachcianek.

Wydębienie od mojego męża menu na trasę czasami doprowadza mnie do szewskiej pasji bo najczęściej na pytanie co mam ci zrobić odpowiedź jest niezwykle treściwa: Co zrobisz będzie dobrze?! I weź tu bądź mądra, jak nieraz jest tak, że następnego dnia po wyjeździe marudzi Ci taki przez telefon, że mogłabym zamiast tego zrobić to. A jak pytałam to było wszystko jedno... Także negocjacje w sprawie menu są burzliwe. Zakupy też, bo nie oszukujmy się Meżah tirem pod byle spożywczakiem nie zaparkuje, a po drugie jeździ głównie autostradami, a tam spożywczaków ot tak nie stawiają. Po konkretnych zakupach z jojczeniem w tle ( Mężaha nie moim) bo on się zdecydować nie może do końca co on by jadł następuje część właściwa: gotowanie.

Dzień lub przeddzień wyjazdu. To zależy o której ten mój łobuz jedzie bo na ugotowanie zupy i co najmniej 2-3 dań drugich muszę mieć od 5 do 6 godzin minimum. Dodam iż wszystkie posiłki robię od zera. Sam rosołek czyli baza pod zupę to minimum 3 godziny gotowania, a często gęsto do tego dochodzi obowiązkowy gulasz lub pulpety i coś tam innego jeszcze, żeby był wybór.  Ale te 3 dnia (gulasz różnoraki i pulpety zamiennie) to podstawa i dania obecne zawsze, w każdą trasę. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Otóż te dania są dobrze wekowalne. Gorące hop w słoiki i odwracamy do góry dnem i mam trwałe danie, które wytrzyma około 4-5 dni i jest szybko przyrządzalnie. Bo uwaga!, często taki kierowca ma 45 minut pauzy na zjedzenie, siusiu i spacerek po 4,5 h jazdy, także musi być sprawnie i szybko. Dopiero po zakończeniu dnia czyli po 2 turach jazdy po 4,5 h i przerwie miedzy nimi 45 minut ( a czasami jeszcze jednej przewie 45 minut i dodatkowej godzinie jazdy) taki kierowca może poświecić więcej czasu na gotowanie jak ma siłę rzecz jasna bo często pada na ryjek i też potrzebuje szybkiego posiłku i pospać lub zwyczajnie obejrzeć film. 
Także podstawa to szybka i nieskomplikowana odgrzewalnośc, tresciowść posiłku oraz smak. Dodam iż zwykle kierowcy do odgrzewania czy tez przyrządzania posiłków korzystają z butli gazowej z jednym palnikiem więc nie mają za dużo pola do popisu.
No i tam jeszcze jakieś kotleciki czasami dorzucam, coś z makaronem i inne, które da się bezproblemowo odgrzać w kabinie ciężarówki. Zależy co tam mój mąż sobie zażyczy.
Dodatkowo jako troskliwa żona zawsze piekę jakieś proste ciasto bez udziwnień. Tu zasada jest też prosta bo wiadomo wszelkie kremy i inne dodatki szybko się psuja, a chodzi o to, że Mężah mógł do kawy te ciacho zjeść przez 2-3 dni i ono dało się zjeść.
Do tego owoce oraz zwykle korniszony, świeże ogórki lub pomidorki, troszkę papryki, jogurt w całości nieotwarty (żeby się tak szybko nie psuło) na sałatkę.
Jajka na jajecznice na śniadanie lub jajka na twardo oczywiście obrane bo muszą być łatwo dostępne w czasie jazdy jakby zassało w żołądku. Wędlina, żer żółty, zapas chleba. Podstawa bez szybko psujących się udziwnień i do szybkiego przygotowania czegoś do jedzenia.
I woda. Butla 5 litrowa na kawę, do ugotowania kaszy, ziemniaczków do obiadu, zmycia naczyń jak nie ma ogólnodostępnej oraz zwykle sok i woda gazowana w litrowych  lub półlitrowych butelkach do picia.

Raz w miesiącu robię przegląd mężowskiej apteczki. Bo to co u nas oczywiste czyli to, że w tabletki od bólu głowy czy tez gripex albo coś do ssania na ból gardła jest dostępne na każdej stacji benzynowej to nie znaczy, że po przekroczeniu granicy polskiej tez znajdziemy te specyfiki na półkach na stacjach. Większe prawdopodobieństwo jest, że ich nie ma. Zachodnie standardy wyglądają inaczej. Także podstawowe leki jakby co, Mężah musi zawsze mieć przy sobie na wszelki wypadek, bo ot tak do lekarza nie będzie miał jak pójść a i apteki nie stoją na każdym MOPie autostradowym..

I nadchodzi ta chwila wyjazdu. Ja pakuję w kartony, których na taki 7-10 dniowy wyjazd jest dwa, jedzenie. A Mężah resztę dobytku jaki stanowią bielizna na zmianę( wcześniej poprana przeze mnie), ubrania - i tutaj kiedy u nas za przeproszeniem piździ jak nie wiem co, w takich Włoszech na przykład w okolicach Sycylii może być 25 na plusie, także ubrania są różnorodne poczynając od kurtki, po krótkie spodenki.

Jako, że wyedukowałam Mężaha odpada mi transfer filmów, muzyki, audiobooków itd. Bo musicie wiedzieć, że komputer to jedna z ważniejszych urządzeń w kabinie kierowcy ciężarówki bo czasami bez niego idzie umrzeć z nudów ja np. w jakieś zapadłej dziurze przyjdzie odstać takiemu kierowcy 24h.. Jako ciekawostkę powiem, że na zachodzie na niewielu stacjach benzynowych uświadczysz darmowego wi-fi i netu. To akurat domena Polski.
Oprócz komputera podstawą w ciężarówce jest nawigacja z aktualnymi mapami i kamerka samochodowa.

No i następuje nasze pożegnanie. My mamy taki swój zwyczaj, że wkładam Mężahowi obrączkę na palec i dajemy sobie buziaka, a potem otwieram mu bramę i on wyjeżdżając daje mi buziaka i potem macham mu dopóki nie zniknie za zakrętem jakieś 100 metrów dalej. Jak jest Mimiś to on oprócz obrączki robi to samo. No dobra w zimę oszczędzam mu wychodzenia.] na mróz. Starcze ja.

I mój mąż jedzie......
A w domu natychmiast robi sie tak cicho i pusto i....
iii najczęściej muszę pozmywać cała górę garów po gotowaniu i posprzątać dom bo Mężah jest okropnym bałaganiarzem

I tyle.





poniedziałek, 28 marca 2016

Samotne święta żony kierowcy


Święta, święta i po świętach...
Prawie, ale jakby już po.
Ja się cieszę, że to koniec świętowania.
Dla mnie ta Wielkanoc była smutna.
Kiedy w środę Mężah odebrał telefon od dyspozytora z informacją, że w sobotę jedzie natychmiast zrobiło mi się tak bardzo smutno, że tego nie da się opisać. Bo to taki specyficzny rodzaj smutku, który znają tylko żony kierowców zawodowych.
Mężah nie musiał nic mówić. Już jak zadzwonił ten telefon wiedziałam, że te święta spędzimy osobno. On w kabinie ciężarówki, swoim drugim domu, a ja z Mimiśkiem u rodziny i na wyjazdach.
Wyjechał w sobotę z rana....
Źle mi było i jest...
O ile jeszcze w sobotę miałam pełne ręce pracy przy torcie, kurczaku na niedzielny obiad ( bo siostra robiła śniadanie, a ja obiad), byliśmy święcić koszyczek z pokarmami to czas upłynął mi szybko i za bardzo nie miałam go aby rozmyślać. Niestety zupełnie inaczej było w niedziele. Kiedy zasiedliśmy do uroczyście nakrytego stołu aby w rodzinnym gronie zjeść świąteczne śniadanie uderzał mnie brak męża. Miałam ochotę płakać. Ja tu przy suto zastawionym stole z dosłownie wszystkim z tłumem ludzi (w sumie było nas siedmioro), a on tam sam w kabinie ciężarówki z ograniczonym wyborem posiłku i na szybko bo musi zaraz jechać bo oczywiście czas goni, awizacja jest i musi zdążyć. Ta myśl jest tak przygnębiająca że nawet nie wiem i nie będę próbowała ubrać tego w słowa bo się nie da. Inaczej jest na co dzień. Nie powiem, że lekko, ale lżej. W święta tę jego pracę, brak męża i taty, ja i Mimiś odczuwamy naprawdę silnie. Na co dzień też, ale w święta każdy zawsze pyta gdzie jest Mężah i czemu go nie ma i to boleśnie uświadamia, drąży  przypomina, że on tam gdzieś, tysiące kilometrów od nas w kabinie swojej ciężarówki jest, jedzie. Wiezie mięso, abo Kowalski z Niemiec, Włoch, Bośni, Holandii czy innego kraju miał co jeść, a z powrotem wiezie coś do Polski do naszych sklepów, aby każdy z nas mógł o każdej porze iść do sklepu i kupić to co potrzebuje. Taki mój mąż i tysiące innych mężów i nie mężów jedzie. W światek, piątek czy niedziele, 7 dni w tygodniu, cały rok, całą dobę. Zostawiając swoje żony, dzieci, domy, jadą. Ryzykując często życie, będąc niedoceniani, gnojeni... Ale oni jadą. Twardo. Abo dowieźć towar do celu.
W tym czasie w domach czekają na nich żony i dzieci. Ja odliczam dni, a potem godziny do powrotu Mężaha. modle się, aby nie miał żadnych trudnych sytuacji, aby bezpiecznie dojechał do miejsca rozładunku i potem wrócił do mnie. Tęsknię. Rozmyślam.

A w taki wieczór jak dziś, kiedy wokół panuje cisza i spokój marze o wtuleniu się w Męża. O rozmowie, wspólnym obejrzeniu filmu. O sexie.  O tym aby nie być sama.... bo ta cisza.....


------------------------------------------------